Grupa naTemat

Spowiedź korpomatki. "Nie pracowałam w korporacji, ja ją stworzyłam"

Moja korporacja początkowo była jednoosobowa. Potem się rozrosła.
Moja korporacja początkowo była jednoosobowa. Potem się rozrosła. Prawo autorskie: halfpoint / 123RF Zdjęcie Seryjne
Nie pracowałam w korporacji, ja ją stworzyłam. Po co mieć kata nad sobą, gdy można być samemu sobie katem? Moja korporacja początkowo była jednoosobowa. Potem się rozrosła. Dziwne, bo zasady korporacyjne dotyczyły tylko mnie, innym stworzyłam warunki idealne z fajrantem o 17:00.

Ja pracowałam po 20 godzin na dobę, często po 2, 3 doby ciurkiem, bez snu. Testowałam własną wytrzymałość i byłam z siebie dumna, gdy waliłam nosem o biurko nie po 3, a po 4 dobach. Mając 27 lat byłam dalej niż większość rówieśników i miałam więcej. Inni patrzyli na mnie z podziwem, rodzina była dumna, ja też. Przebiegałam po kolejnych związkach robiąc slalom pomiędzy projektami, spotkaniami i drukarniami. W końcu powiedziałam: basta! Czas na rodzinę, ale kto by chciał korporobota. Zwolniłam, zarandkowałam, pokochałam i wyszłam, a następnie zaszłam. Wszystko we właściwej kolejności, w rocznych odstępach.

Narodziny
Szczęśliwy pech chciał, że był to kryzys milenijny i pracy było niewiele. Poprosiłam mojego nienarodzonego synka żeby urodził się w piątek, bo to by oznaczało, że w poniedziałek wyjdę ze szpitala i będę mogła wrócić do pracy. Oczywiście początkowo w domu, ale zawsze. Grzeczne dziecko posłuchało, chlusnęło wodą płodową w piątek, 31 sierpnia 2001 roku, o 5 rano. Pojechałam do mojej minikorporacji dokończyć zaproszenia, które właśnie miały iść do druku. Podśpiewując „Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal, gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal…” – w tym miejscu następował skurcz, a ja zginałam się w pół. Przed 10-tą zaproszenia były skończone, a ja pojechałam na porodówkę. Synuś pojawił się na świecie o 14:30 tego samego dnia, przy pomocy skalpela niestety.

Cholerna żółtaczka nie pozwoliła nam wyjść w poniedziałek, ale już we wtorek w nocy robiłam projekty, bo miałam dzień zaległości. I tak się zaczęło. Karmiłam, lulałam i niańczyłam trzymając na lewym ramieniu, a prawą ręką wygrywając kolejne przetargi. Po paru miesiącach wróciłam do pracy. Nie pamiętam po ilu, bo to było 14 lat temu. W pracy spędzałam po kilkanaście godzin na dobę starając się być w domu przynajmniej przez 2, 3 godziny przed snem syna (na szczęście chodził spać bardzo późno). Nianie, kochane kobiety, wychowywały moje dziecko, a mnie serce pękało, gdy płakał jak wychodziły.

Siadałam z nim do biureczka i stawiając kufel kawy obok zaczynałam lepić, wycinać i malować. Zdawało mi się, że na tym polega macierzyństwo, że wszystko świetnie zorganizowałam, że doskonale sobie radzę. Gdy chorował i miał kosmiczną gorączkę, instruowałam opiekunkę przez telefon jak zrobić chłodzącą kąpiel, choć znałam to tylko z opowieści, bo pierwszą taką zrobiłam osobiście gdy średni syn miał 2 lata.

Przedszkole
Aleks chodził do prywatnego przedszkola, miał wszystkie zajęcia jakie chciał, opiekunki i sprzątaczki, więc w domu było czysto, obiad ugotowany, a on ładnie ubrany. Tylko…to nie ja robiłam. Ja nie umiałam nawet nosić mojego syna. Wtedy tłumaczyłam, że nie noszę, bo się rozbestwi i będę musiała tak cały czas. Slogany zasłyszane i przeczytane, gówno warte alibi dla matek do dupy. Bo dziecko trzeba nosić, trzeba tulić i trzeba z nim spać. Trzeba karmić piersią i trzeba głaskać i całować gdy jest chore. Wiecie dlaczego małe dzieci tak często chorują?

Niektórzy z was może pamiętają film pt Bąble. Leciał po Teleranku jakieś 100 lat temu. Wraca Teleranek to i może Bąble wrócą. Sama byłam dzieckiem, gdy to oglądałam, a moja mama nie pracowała, ale zapamiętałam, nie wiedzieć czemu, jedną jedyną scenę z tego filmu. Była chyba zima. Jedno z bliźniaków (bo to były bliźniaki: chłopiec i dziewczynka) otworzyło na oścież okno i tak w rozgogolonej koszulinie stali oboje i marzli. Matka wpada przerażona i pyta: Co wy robicie?! A oni na to: chcemy być chorzy, bo ty wtedy nie pójdziesz do pracy…

Ale ja byłam przekonana, że zjadłam wszystkie macierzyńskie rozumy. Naczytałam się poradników, nasłuchałam koleżanek i odzwyczajałam dziecko od wspólnego spania pozostawiając samo w łóżeczku sukcesywnie coraz dłużej. Przychodziłam co parę minut (tyle co poradnik kazał), głaskałam „żeby poczuł, że matka jest blisko i nie musi jej wołać”, po czym wychodziłam słysząc jak on wkurwiony na maksa tym bezsensownym pogłaskaniem wchodzi na coraz wyższe tony. W końcu wywaliłam poradnik, wzięłam dziecko do cycka i poszliśmy spać. Amen.

Korpomatka
Jaki gatunek ssaków gotuje swoim małym taki los?! Suka? Nie. Ona śpi ze swoimi szczeniakami, karmi na żądanie i liże kiedy trzeba. Kotka? Nie! Krowa?! Nie! Świnia?! Nie! No więc co nam ludziom do łba strzeliło, że postanowiliśmy hodować nasze dzieci w oddzielnym pokoju, samiutkie w pięknie upstrzonym łóżeczku. Małe ssaki innych gatunków nie dość, że mają zwykle więcej rodzeństwa, w które mogą się wtulać, to mają troskliwą matkę, która jest przy nich non stop.

A co robi korpomatka?
Od urodzenia porzuca samotne w osobnym pojemniku z dala od jej ciepła, bicia serca i cyca! Kto to do diabła wymyślił?! Bo zgnieciesz! Bo masz prawo się wyspać! Bo co do licha?! Jesteśmy jakimś popieprzonym gatunkiem dewiantów, którzy boją się własnych dzieci! Nie noś, bo się przyzwyczai, nie karm, bo będzie żądał, nie śpij, bo będzie z tobą spał…

Ale on spał z tobą przez 9 miesięcy! Niedługo będziemy mieć osobne beczki ciążowe. Zapłodnione jajo umieszczone w takim brzuchowniku będzie sobie spokojnie rosło, a mama w tym czasie, bez dodatkowego obciążenia z przodu, będzie mogła galopować ze spotkania na spotkanie, aż do chwili, gdy zegar wybije godzinę porodu, który odbierze specjalnie wykwalifikowana beczkopołożna, bo mama akurat będzie miała w tym czasie zebranie zarządu.

Zgrzeszyłam
Zgrzeszyłam myślą, bo robiąc ludziki z kasztanów przy Twoim biureczku myślałam nie o tym jak Twoje małe paluszki ślicznie radzą sobie z wtykaniem zapałek w kasztany, a o tym jak powinno przebiegać jutrzejsze spotkanie, jak dokończyć projekt, gdzie wydrukować…

Zgrzeszyłam mową, bo obiecywałam, że przyjdę wcześniej i nie przychodziłam, przyrzekałam, że pójdziemy do Zoo i nie poszliśmy, mówiłam, że będę przy Tobie gdy byłeś chory i nie byłam…

Zgrzeszyłam uczynkiem, bo wszystkiego tego co Ci się należało jako maleńkiemu mojemu synkowi nie uczyniłam, albo czyniłam zbyt mało i z poczucia obowiązku, a nie z czystej zdrowej matczynej miłości.

Zaniedbaniem, bo czym innym jest pozostawienie Cię pod opieką obcych kobiet (nawet jeśli były najlepsze na świecie) w chorobie i w potrzebie, bo jako małe dziecko potrzebowałeś matki, nie opiekunki.

Na moją obronę mam dziesiątki artykułów i tony książek, które radzą i podpowiadają jak porzucić własne dziecko spędzając całe dnie w pracy i nie czuć z tego powodu wyrzutów sumienia. Mam jeszcze to, że wtedy zwyczajnie nie umiałam inaczej…

Przepraszam
Za wszystkie te grzechy z całego mojego serca żałuje. Nie muszę Ci obiecywać poprawy, bo już się poprawiłam. Od 3 lat każdego dnia odkrywam jakim jesteś cudownym, wyjątkowym i niezwykłym młodym człowiekiem. Przepraszam, że kiedyś zrobiłam Ci pokój na pomarańczowo. Nie miałam pojęcia, że lubisz niebieski. Nie zauważyłam, bo niby kiedy? Nie zabierałam Cię do sklepów, więc nie widziałam co Twoje małe rączki wybierają. Nie dałam sobie możliwości obserwowania Ciebie. Sama Ci wszystko wybierałam. Musiało być ładne, wygodne, dobrej jakości, a że było pomarańczowe zamiast niebieskie…

Boże, skąd miałam wiedzieć. Przepraszam za to, że wepchnęłam Cię do klasy sportowej. Nie przyszło mi do głowy, że fakt iż od czwartego miesiąca życia nosiłam Cię na basen, a od szóstego roku prowadzałam na Aikido nie oznacza, że jesteś sportowo uzdolniony. Ty nie znosiłeś konkurencji, gier drużynowych i wielu godzin wf-u. No ale skąd miałam wiedzieć, jeśli byłeś projekcją w mojej głowie stworzoną z moich wyobrażeń o Tobie i skrawków Ciebie, które udało mi się podpatrzyć między 22-gą, gdy wracałam do domu, a 24-tą gdy kładłam Cię spać.
Dzisiaj
Dzisiaj jesteś chłopem o głowę wyższym ode mnie. Patrzę z uwielbieniem na Twoją burzę loków i zachwycam się Twoim wrażliwym sercem w twardej skorupie z młodzieńczej arogancji nastolatka. Jesteś pięknym człowiekiem. Trochę zagubionym, ale kto z nas w wieku 14 lat nie był. Ty szukasz. Ja też. Tu jesteśmy podobni. Ty szukasz siebie, a ja drogi, która będzie gdzieś blisko, ale nie stanie na Twojej.
Mama

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj